RECENZJE

JAKUB NIKLASIŃSKI

„High-Rise”, reż. Ben Wheatley,

WIELKA BRYTANIA 2015

Dotychczas uznawany za niepoddający się ekranizacji „Wieżowiec” z 1975 roku zbierał różne opinie. Dla jednych jest jedną z lepszych powieści J.C. Ballarda – arcydziełem wręcz – dla innych przykładem na przerost ambicji w stosunku do możliwości rzetelnej realizacji. Ów rozłam przenosi się na ekranizację, dodając do koktajlu rozwiązania Wheatleya i zespołu. Film albo porwie widza, albo go zniechęci, stany pośrednie – tudzież obojętność – są mało prawdopodobne. „High-Rise”, opowiada historię doktora Roberta Lainga, wprowadzającego się do wieżowca dla bogaczy, a następnie obserwującego degradację zamieszkującej go społeczności. Zaczyna się jak brutalna czarna komedia, by w zawrotnym tempie przeobrazić w dystopijną wizję niedalekiej przyszłości, a skończyć jako niemal typowy slasher. Przemianie towarzyszy ścieżka dźwiękowa mieszająca ABBĘ i Portishead z Bachem. Skojarzenia z „Mechaniczną pomarańczą” lub „American Psycho” jak najbardziej na miejscu. Jeśli chaos, to udanie oddający dekadencję. Jeśli teledyskowość, to pożegnanie z arcydziełem.

„Królowa Pustyni”, reż. Werner Herzog,

USA, Maroko 2015

o nie jest Herzog, którego pamiętamy z jego najlepszych filmów, ale wciąż Herzog. Kilka znaków rozpoznawczych: wspaniałe zdjęcia, wyczucie Orientu (w jego apologletycznym, nieco idealizującym ujęciu – w tym wypadku Iran), ciekawa, dodająca filmowi wartości narracja z offu. Nowa protagonistka, grana przez Nicole Kidman, Gertrude Bell, brytyjska podróżniczka, pisarka, polityczka i archeolożka samotnie przemierzająca Bliski Wschód, wpisuje się w korowód Herzogowskich bohaterów, którzy zawsze wyłamują się z norm społecznych, niekiedy potrafią coś społeczeństwu narzucić. Kiedy podróżuje, żywioły jej biografii współgrają idealnie z patentami Herzoga. Kiedy przeżywa swoją miłość, a potem miłosny zawód – Herzog niestety legnie w gruzach, Kidman staje się pomnikiem, a grający kochanka James Franco, skądinąd ciekawy młody aktor, tym razem ociera się o pretensjonalność. O dziwo, daje się ten film oglądać jako ostateczny, na poły ironiczny flirt z konwencjami kina epoki postkolonializmu oraz stereotypów społecznych.